Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę – Agnès Martin-Lugand

Recenzja lubimyczytac.pl:
Francuski
fenomen wydawniczy. Po prostu o miłości.

Autorka opublikowała książkę w wersji e-book na własny koszt, ale popularność
tej wzruszającej historii szybko obiegła świat i wprowadziła książkę na listy
bestsellerów.
Mąż
i córeczka Diane zginęli w wypadku samochodowym. Gdyby nie pozwoliła im wtedy
wyjść z domu na krótką przejażdżkę, wszystko wyglądałoby inaczej. Teraz jest
sama i jej całe życie sprowadza się do bezsensownego, kurczowego trzymania się
pamięci o jej bliskich. Kiedy postanawia wyjechać do małego miasteczka w
Irlandii, które zawsze chciał odwiedzić jej mąż, ma nadzieję, że tam wszyscy
zostawią ją w spokoju. Nie przypuszczała, że zaangażowani sąsiedzi, nastrojowy
klimat miasteczka i pewien gburowaty nieznajomy pomogą jej odnaleźć utraconą
radość życia.
Moje zdanie:
Znalazłam w bibliotece
książkę o tak urzekającym tytule, że nie mogłam się jej oprzeć.
Bardzo potrzebowałam
czegoś na poprawę nastroju, więc książka „Szczęśliwi ludzie czytają książki i
piją kawę”
wydawała się idealna. Opisy fabuły były obiecujące,  a informacja o „fenomenie francuskiej
literatury” nie pozwał przejść obok obojętnie. Z perspektywy czasu żałuję, że
wzięłam książkę w rękę. Zacznijmy od początku.
Pierwszych
kilka stron mnie poruszyło. Śmierć bliskich osób (męża i córki) jest zawsze
trudnym tematem. Poznajemy główną
bohaterkę Dianę, która od roku jest pogrążona w żałobie.
Nie mogąc znieść
dłużej życia w smutku i cierpieniu postanawia udać się do Irlandii na kilka
miesięcy. Niestety dalej jest tylko gorzej. Autorka nie miała oryginalnego
pomysłu powieść. Fabuła od razu skojarzyła mi się z „P.S. Kocham Cię”. Tam
również kobieta ucieka od żałoby do Irlandii. I w obu przypadkach główne
bohaterki poznają mężczyznę, który pozwala im „zapomnieć” o bólu.
Agnès
Martin-Lugand bardzo mnie rozczarowała. Książka nie miała nic wspólnego z pięknym
tytułem. Nie było tam szczęścia a jedynie smutek, żal i nie radzenie sobie z
przykrymi emocjami. Diana jest
bohaterką, którą ciężko mi było polubić.
I nie mówię tu o przeżywaniu
żałoby, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, iż każdy ją przeżywa na swój
sposób. Ale w zachowaniu kobiety coś mnie drażniło i odpychało. Była taka
płaska i jednowymiarowa.
Poza tym schemat gonił
schemat.

Przyjaciel – gej to chyba już norma. Mężczyzna, którego od początku się
nienawidzi, mimo, iż w mojej ocenie, nie ma do tego podstaw. Romans tak
banalny, że miałam dość w połowie książki. Nie mogło również zabraknąć
nieproszonego gościa.  
Autorka
jest psychologiem klinicznym i zdecydowanie powinna pozostać w swoim wyuczonym zawodzie.
Jej pióro jest kiepskie, język bardzo banalny, dialogi nie porywają a wątki są po
prostu słabe.
Byłam
zła na siebie. Taka strata czasu na tę
lekturę a wkoło tyle ciekawych książek piętrzy się na mojej półce.
Dałam się złapać w pułapkę marketingu. Muszę
to przełknąć i w rekompensacie przysiąść do naprawdę wartościowej książki.
Zawsze
żałuję, że wypożyczoną dobrą książkę muszę z powrotem oddać do biblioteki –
jednak tym razem cieszyłam się, że ta proza nie zostanie u mnie w domu.
Jeśli,
mimo wszystko, zdecydujesz się na przeczytanie „Szczęśliwych ludzi…” nie mniej
żalu do mnie, ponieważ sumiennie ostrzegałam.

Może i te posty polubisz

28 komentarzy

  1. Szkoda, że książka okazała się takim nieporozumieniem. Sama bym po nią sięgnęła ze względu na tytuł, ale teraz będę omijać szerokim łukiem. Zgadzam się z Tobą całkowicie, że szkoda czasu na gnioty

Dodaj komentarz